Mostar i Pocitelj w deszczu
Nie jestem fanką wycieczek autokarowych z przewodnikiem. Nie przepadam za wysiadaniem na trzy-cztery, patrzeniem w prawo lub w lewo - też na trzy-cztery. Nie lubię tonąć w potoku dat i faktów. Jednak tym razem nadarzyła się okazja i grzechem było by z niej nie skorzystać.
I tak oto wybrałam się do Mostaru na sprawdzenie nieprzemakalności wraz z grupą podobnych sobie desperatów. Bo trudno inaczej nazwać grupę turystów, którzy wybierają się do na wycieczkę akurat wtedy, kiedy prognoza pogody zapowiada opady określając ich prawdopodobieństwo na 100 procent.
Ruszamy z Cavtat o 7.00 i około 10.30 docieramy do Pocitelj, niewielkiego miasteczka przy trasie Metkovic - Mostar. Przewodniczka,daje nam pół godziny na zapoznanie się z malowniczą miejscowością. Niewiele osób wysiada z autokaru, bo deszcz już pada. Ciekawość w moim przypadku przeważyła i ruszyłam na krótki rekonesans z parasolem i aparatem fotograficznym.
Przekraczając bramę wchodzi się w inną nieco rzeczywistość. Czas zatrzymał się tu w miejscu Bruk, który podczas deszczu staje się niebezpiecznie śliski, trąci wyraźnie dawnymi czasami. Kilka szybkich ujęć, ruiny zamku, minaret, wieża zegarowa. Wszędzie pestki czereśni, bo Pocitelj jest ich stolicą tych pysznych owoców. Pół godziny to zdecydowanie za mało, żeby nacieszyć się tym miejscem.Mostar także powitał nas strugami deszczu i w tej niełatwej sytuacji ruszyliśmy podzieleni na dwie grupy: "frankofonów" i "anglików", na zwiedzanie miasta z lokalnymi przewodnikami. Pierwszy punkt programu: zakup parasoli, bo nie wszyscy je mieli. Potem "zaparasolowana" wycieczka posuwała się dość ślamazarnie do przodu, przewodniczka opowiadała o historii Bośni i Hercegowiny, potem o moście. Jej początkowy zapał słabł wraz z narastającą intensywnością deszczu. W końcu dała za wygraną doprowadziła nas do restauracji i puściła wolno.
Grupa schowała się pod dachem, a ja sprawdzałam dalej swoją nieprzemakalność, odkrywając piękne zaułki i coraz to nowe miejsca, z których most jest dobrze widoczny.
Gdy dotarłam do meczetu Koski Mehmed- Paszy (wstęp z wejściem na minaret 6 euro), imam nawoływał akurat do modlitwy a wierni myli nogi przy studni. W czasie modlitwy nie można zwiedzać meczetu. Na szczęście nie trwa ona dłużej niż kwadrans. Schody prowadzące na minaret, opisane w przewodniku jako klaustrofobiczne, rzeczywiście takie są. Są też "jednoosobowe" na szerokość, a ponieważ nikt nie kieruje ruchem trudno o uchwycenie momentu, w którym można spokojnie wejść lub zejść. Jedyna mijanka to wejście na balkon przeznaczony dla kobiet. W końcu jednak wszystkim chętnym się to udaje.
Na słynnym moście oczywiście "skoczkowie" lub raczej rodzaj naciągaczy, wyłudzających pieniądze od turystów - 25
euro od grupy za skok, oczywiście skok nie dochodzi do skutku, bo zawsze kilku
euro brakuje.
Czytałam o tym procederze w przewodniku. Zdziwiło mnie jednak, że miejscowa przewodniczka
namawiała nas na zbiórkę pieniędzy. Wielu nieświadomych turystów zaangażowało się w kwestę. Kiedy po godzinie wracałam przez
most, ten sam skoczek, w tych samych - nadal suchych kąpielówkach - markował
gotowość do skoku i cześć turystów znowu poszukiwała skwapliwie monet.
I
tak, z romantycznej skądinąd tradycji zaprezentowania swojej odwagi i
przypodobania się dziewczynie, zrodziła się kolejna świecka tradycja,
która w różnych miejscach w Europie przybiera rozmaite formy. Nazywaliśmy
to w rodzinie "sprzedawaniem wody z Jordanu". Z tym, że kupując "wodę z
Jordanu" otrzymujemy w zamian przynajmniej buteleczkę, na moście w
Mostarze jesteśmy w nią po prostu nabici.
W Mostarze jest też mały most, w pobliżu którego jest plaża. Pewnie stąd dziewczyny podziwiały dawniej skoki młodzieńców z mostu do Neretwy i obecnie było by to świetnie widać, gdyby w końcu któryś doszedł do skutku.
W Mostarze jest też mały most, w pobliżu którego jest plaża. Pewnie stąd dziewczyny podziwiały dawniej skoki młodzieńców z mostu do Neretwy i obecnie było by to świetnie widać, gdyby w końcu któryś doszedł do skutku.
W wielu miejscach, zarówno na starówce jak w innych częściach miasta widać ślady wojny z lat dziewięćdziesiątych.
O ile w Chorwacji większość z nich została już usunięta, tutaj bez trudu można je dostrzec. Podczas wojny zniszczone zostały także oba zabytkowe mosty, które na szczęście szybko odbudowano.
Trzygodzinny pobyt w Mostarze wystarczy na powłóczenie się po starówce, poczucie jego atmosfery i zrobienie zdjęć. Można też potargować na bardzo licznych straganach przypominających do złudzenia tureckie. Asortyment jest zbliżony a ceny bardzo przystępne. No a gdyby nie padało...
Podróż autokarem z Cavtat do Mostaru trwa dość długo, granicę przekracza się trzykrotnie w każdą stronę i pewnie byłaby nieco nużąca, gdyby nie...
I tu należy się kilka słów o przewodniczce. Antonia, bo tak miała na imię, niestrudzenie w dwóch językach przekazywała nam informacje o Chorwacji, bez nadmiaru szczegółów. Opowiadała o blaskach i cieniach życia w Chorwacji, informacje, których nie znajdziecie w przewodnikach, odwołujące się do doświadczeń i emocji związanych z okresem ostatniej wojny na Bałkanach. Słuchając Antonii czas podróży upłynął niepostrzeżenie- i ja zagorzały przeciwnik wycieczek tego typu - muszę przyznać: z dobrym, miejscowym przewodnikiem warto wziąć udział w wyjazdach zorganizowanych.



















