poniedziałek, 16 maja 2016

BOŚNIA I HERCEGOWINA

Mostar i Pocitelj w deszczu

Nie jestem fanką wycieczek autokarowych z przewodnikiem. Nie przepadam za wysiadaniem na trzy-cztery, patrzeniem w prawo lub w lewo - też na  trzy-cztery. Nie lubię tonąć w potoku dat i faktów. Jednak tym razem nadarzyła się okazja i grzechem było by z niej nie skorzystać.
I tak oto wybrałam się do Mostaru na sprawdzenie nieprzemakalności wraz z grupą podobnych sobie desperatów. Bo trudno inaczej nazwać grupę turystów, którzy wybierają się do na wycieczkę akurat wtedy, kiedy prognoza pogody zapowiada opady określając ich prawdopodobieństwo  na 100 procent.


Ruszamy z Cavtat o 7.00 i około  10.30 docieramy do Pocitelj, niewielkiego miasteczka przy trasie Metkovic - Mostar. Przewodniczka,daje nam pół godziny na zapoznanie się z malowniczą miejscowością. Niewiele osób wysiada z autokaru, bo deszcz już pada. Ciekawość w moim przypadku przeważyła i ruszyłam na krótki rekonesans z parasolem i aparatem fotograficznym.


Przekraczając bramę wchodzi się w inną nieco rzeczywistość. Czas zatrzymał się tu w miejscu  Bruk, który podczas deszczu staje się niebezpiecznie śliski, trąci wyraźnie dawnymi czasami. Kilka szybkich ujęć, ruiny zamku, minaret, wieża zegarowa. Wszędzie pestki czereśni, bo Pocitelj jest ich stolicą  tych pysznych owoców. Pół godziny to zdecydowanie za mało, żeby nacieszyć się tym miejscem.

Mostar także powitał nas strugami deszczu i w tej  niełatwej sytuacji ruszyliśmy  podzieleni na dwie grupy: "frankofonów" i "anglików",  na zwiedzanie miasta z lokalnymi przewodnikami. Pierwszy punkt programu: zakup parasoli, bo nie wszyscy je mieli. Potem "zaparasolowana" wycieczka posuwała się dość ślamazarnie do przodu, przewodniczka opowiadała o historii Bośni i Hercegowiny, potem o moście.  Jej początkowy zapał słabł wraz z narastającą intensywnością deszczu. W końcu dała za wygraną doprowadziła nas do restauracji i puściła wolno.


Grupa schowała się pod dachem, a ja sprawdzałam dalej swoją nieprzemakalność, odkrywając piękne zaułki i coraz to nowe miejsca, z których most jest dobrze widoczny.


Gdy dotarłam do meczetu Koski Mehmed- Paszy (wstęp z wejściem na minaret 6 euro), imam nawoływał akurat do modlitwy a wierni myli nogi przy studni. W czasie modlitwy nie można zwiedzać meczetu. Na szczęście nie trwa ona dłużej niż kwadrans.  Schody prowadzące na minaret, opisane w przewodniku jako klaustrofobiczne, rzeczywiście takie są. Są też  "jednoosobowe" na szerokość, a ponieważ nikt nie kieruje ruchem trudno o uchwycenie momentu, w którym można spokojnie wejść lub zejść. Jedyna mijanka to wejście na balkon przeznaczony dla kobiet. W końcu jednak wszystkim chętnym  się to udaje.




Na słynnym moście oczywiście "skoczkowie" lub raczej rodzaj naciągaczy, wyłudzających pieniądze od turystów - 25 euro od grupy za skok, oczywiście skok nie dochodzi do skutku, bo zawsze kilku euro brakuje. 
Czytałam o tym procederze w przewodniku. Zdziwiło mnie jednak, że miejscowa przewodniczka namawiała nas na zbiórkę pieniędzy. Wielu nieświadomych turystów zaangażowało się w kwestę. Kiedy po godzinie wracałam przez most, ten sam skoczek,  w tych  samych - nadal suchych kąpielówkach - markował gotowość do skoku i cześć turystów znowu  poszukiwała skwapliwie monet.
I tak, z romantycznej skądinąd tradycji zaprezentowania swojej odwagi i przypodobania się dziewczynie, zrodziła się kolejna świecka tradycja, która w różnych miejscach w Europie przybiera rozmaite formy. Nazywaliśmy to w rodzinie "sprzedawaniem wody z Jordanu". Z tym, że kupując "wodę z Jordanu" otrzymujemy w zamian przynajmniej buteleczkę, na moście w Mostarze jesteśmy w nią po prostu nabici.


 
W Mostarze jest też mały most,  w pobliżu którego jest plaża. Pewnie stąd dziewczyny podziwiały dawniej skoki młodzieńców z mostu do Neretwy i obecnie było by to świetnie widać, gdyby w końcu któryś doszedł do skutku.










W wielu miejscach, zarówno na starówce jak w innych częściach miasta widać ślady wojny z lat dziewięćdziesiątych.
O ile w Chorwacji  większość z nich została już usunięta, tutaj bez trudu można je dostrzec. Podczas wojny  zniszczone zostały także oba zabytkowe mosty, które na szczęście szybko odbudowano.






Trzygodzinny pobyt w Mostarze wystarczy na powłóczenie się po starówce, poczucie jego atmosfery  i zrobienie zdjęć. Można też potargować na bardzo licznych straganach przypominających do złudzenia tureckie. Asortyment jest zbliżony a ceny bardzo przystępne. No a gdyby nie padało...  





Podróż autokarem z Cavtat do Mostaru trwa dość długo, granicę przekracza się trzykrotnie w każdą stronę i pewnie byłaby nieco nużąca, gdyby nie...
I tu należy się kilka słów o przewodniczce. Antonia, bo tak miała na imię, niestrudzenie w dwóch językach przekazywała nam informacje o Chorwacji, bez nadmiaru szczegółów. Opowiadała o blaskach i cieniach życia w Chorwacji, informacje,  których nie znajdziecie w przewodnikach, odwołujące się do doświadczeń  i emocji związanych z okresem ostatniej wojny na Bałkanach. Słuchając Antonii czas podróży upłynął niepostrzeżenie- i ja zagorzały przeciwnik wycieczek tego typu - muszę przyznać: z dobrym, miejscowym przewodnikiem warto wziąć udział w wyjazdach zorganizowanych.

wtorek, 3 maja 2016

CHORWACJA  - POŁUDNIOWA DALMACJA (2)

Sokol Grad zdobyty

Jeżdżąc  często trasą Dubrownk - Cavtat zwróciłam uwagę na tablicę "Sokol Grad 28km". Zamek na rysunku wyglądał zachęcająco, ale jeszcze bardziej zachęcająca była nazwa i odległość. Kolejne wolne popołudnie postanowiłam przeznaczyć na zapuszczenie się nieco dalej niż dotychczas w kierunku granicy z Czarnogórą.

Z Cavtat wyjeżdża się w kierunku lotniska w Cilipi i podąża magistralą adriatycką. Z trasy skręcamy w lewo na Grudę a dalej jedziemy zgodnie z oznaczeniami, które są bardzo wyraźne. Krajobraz jest zachwycający. Cyprysy, figowce i drzewa oliwne na tle malowniczych gór. Na kilkaset metrów przed celem podróży pojawia się niewielka sylwetka zamku na skale.

Pierwsze ujęcie zamku, całkiem przez przypadek znalazł się na nim znak z zakazem wjazdu
 
Przy drodze prowadzącej w lewo, za tablicą "bezpłatny parking" starszy mężczyzna, zachęca ruchem ręki, żeby zajechać. Stoi tam też znak drogowy "zakaz wjazdu", więc nie wjeżdżam. Kolejna droga w lewo prowadzi do zamku. Bilet kosztuje 40 kuna. 

 

 

Zamek nie należy do ogromnych, ekspozycja jest przyjazna, bez natłoku informacji (folder w języku chorwackim i angielskim przedstawia bliżej dzieje zamku), towarzyszące wystawom dźwięki wprowadzają w klimat odwiedzanych miejsc. Odgłosy sokoła na murach współgrają ze śpiewem już całkiem prawdziwych ptaków.

 

 

 

 

 

U podnóża zamku znajduje się malutki kościółek, czy raczej kaplica przycmentarna i niewielki cmentarz.

Na planie zamku zaznaczona jest ścieżka wokół murów, próbuję ją odnaleźć. Jednak ani w prawo, ani w lewo zamku nie można obejść dookoła. Ścieżki kończą się albo skałami, albo niewielkimi zagonkami ziemniaków wśród drzewek oliwnych.

 

 

Szukając jakiegoś ciekawego ujęcia zamku spotykam po raz kolejny starszego mężczyznę. Tym razem oferuje, że zrobi mi zdjęcie na tle zamku. Zgadzam się, bo pan wygląda bardzo poczciwie. Krótka wymiana zdań, skąd jestem i czy zamek mi się podoba, no i że ma tutaj sklepik z pamiątkami, więc może zechcę zobaczyć, kupować nic nie muszę. 

Ujął mnie ten sposób marketingu, idę i już wiem, że coś kupię. Djuro - tak miał na imię mężczyzna - zaprowadził mnie do straganu, na którym oboje z żoną wystawiają samodzielnie robione pamiątki, domowy miód, nalewki i inne pyszności. Tylko lody i woda typowo komercyjne. Djuro opowiada mi pokrótce historię zamku i muszę przyznać, że imponuje mi, bo począwszy od Ilirów zasiedlających te tereny, poprzez kolejnych najeźdźców przedstawia historię w zarysie. Potem przechodzimy do smaków miodu. Sięgam po jasny, lipowy, dowiaduję się, że lipa jest narodowym drzewem Chorwacji. To nie przypadek więc, że chorwackie grosze to "lipy". Ciemniejszy miód jest z szałwii. Djuro nie wie, jak jest szałwia po angielsku, ale zaprowadza mnie do rośliny, którą rozpoznaję. Decyduję się na ten miód. Potem dostaję jeszcze do posmakowania skórkę pomarańczową.

  Robimy pamiątkowe zdjęcia i żegnamy się serdecznie. Wyjeżdżając z parkingu przejeżdżam ponownie koło straganu i dostaję słoiczek miodu - lipowy - bo to przecież z drzewa narodowego Chorwacji.

 

 

Dlaczego w poście o zamku, jest więcej o ludziach niż o zamku? 

Zamek jest z pewnością wart obejrzenia. Malowniczo położony, zbudowany na wysokiej skale cieszy oko, nie dorównuje jednak wdziękiem ani Djuro, ani jego żonie. Więc jeśli zdecydujecie się zwiedzić zamek, zajdźcie też do przydrożnego sklepu z pamiątkami. Ja tam z pewnością jeszcze wrócę.

P.S. W pobliże zamku dojechać można z Cavtat autobusem liniowym nr 30.

 

c.d.n...