sobota, 26 grudnia 2015

Teneryfa - weryfikacja

Dzień pierwszy

 

Nadszedł dzień wylotu.
Tani przelot okupiony przesiadką w Barcelonie i wielogodzinnym czekaniem został wynagrodzony bardzo przyjazną temperaturą jak na grudniowy czas.

 

Dzień drugi

 

Teneryfa przywitała nas słońcem. Czekając na otwarcie marketu zaplanowaliśmy ambitną trasę na wulkanie el Teide: wejście od strony Montana Blanca, zejście przez Pico Viejo.
Jedynym autobusem jadącym w tym kierunku  z Los Cristianos o 9.15 zmierzamy do punktu startowego. Autobus pnie się serpentynami w górę, po drodze mijamy camping, na którym planujemy nocować.  Odległość około 70 km pokonujemy w ciągu 100 minut wspinając się na wysokość ok. 2000 m n.p.m.
Nonszalancki luzik "przed"

W punkcie informacyjnym dostępne są mapy ze szlakami turystycznymi na el Teide, tym razem na szczęście z przewidywanym czasem pokonania tras. Kolejny raz weryfikujemy nasze plany. Ponieważ wejście i zejście trwało  by 10 godzin (było południe, a dzień kończy się około 18.30) decydujemy się wjechać kolejką (bilet na Teleferico w jedną stronę kosztuje 13,50 euro) i zejść szlakiem przez Pico Viejo.


Mapa zachodniej części Parku Narodowego el Teide


Kolejka wjeżdża na wysokość ok. 3356 w 8 minut, co daje złudzenie, że zejście nie będzie trudne.   Przez chwilę podziwiamy widoki  i wyruszamy na  szlak 12 prowadzący do Mirador  Pico Viejo  a 
potem 9 (Teide-Pico Viejo TF 38).

Widok na Pico Viejo z majaczącą w oddali ścieżką
 
Powietrze jest tu rzadsze, ale początkowo objawy choroby wysokościowej nie są dolegliwe. Po kilkuset metrach ścieżka zanika a dalsza droga prowadzi przez rumowisko lawy. Wahamy się chwilę, czy jednak nie wrócić, ale w końcu wyprawa miała być z wyzwaniami. No i jest.  Choroba wysokościowa nabiera wyrazistości: ból głowy, nudności, trudności w połknięciu każdego kęsa. Plecak ciąży potwornie. Po dwóch godzinach nogi zaczynają strajkować, niestabilne podłoże zrobiło swoje. No i PESEL. W dali optymistycznie majaczy wygodna ścieżka prowadząca w kierunku Pico Viejo, ale jakoś trudno do niej dojść. Niby widać, ale przybliża się w żółwim tempie.  Na rozwidleniu szlaków analizujemy różne opcje. Ja już nie chcę zobaczyć Pico Viejo z bliska, chcę zdążyć przed nocą na jakąś przyjazną wysokość. Decydujemy się na trasę 23 Los Regatones Negros, planowane zejście powinno zająć 4 godziny. Powinno. Idzie mi się coraz gorzej, już nie odpoczywam, ale tempo marszu nie zaimponowało by ani żółwiowi ani ślimakowi. Trasa nadal jest momentami bardzo  trudna. Ciągle mamy nadzieję, że za najbliższym zakrętem ukaże się jakaś bardziej cywilizowana ścieżka. Nic z tego, zbliża się godzina 18.00 i już wiemy, że nie uda się dojść do Parador przed zmrokiem. Chcemy zejść jak najniżej, rozglądając się jednocześnie za dogodnym miejscem na zorganizowanie noclegu. Około 18.30 na poboczu jest w miarę płaski fragment podłoża, bez kamieni, jakieś 3mx3m. IDEALNE MIEJSCE. Tu zostajemy, zmrok zapada szybko a wraz z nim spada temperatura. Gotujemy herbatę (doceniam teraz wysiłek włożony w niesienie małej kuchenki turystycznej), plandeka (znalazła się na wyposażeniu dzięki radom z książki "Paragony z podróży") zastępuje prześcieradło, śpiwory, koc termiczny. Niebo gwiaździste nad nami a we mnie poplątane myśli. Jak przetrwać noc pod tym pięknym acz gołym jednak  niebem? 12 godzin do świtu!!! Czuwanie przez sen, czy może tylko półsen. Po godzinie plandeka i koc pokrywają się kropelkami wody, trzeba je zrzucić, bo od nich śpiwory robią się wilgotne. Komfort termiczny staje się pojęciem abstrakcyjnym.

 

Dzień trzeci 

 

Upragniony poranek nadchodzi, woda w butelce zamarzła. Jemy szybkie śniadanie, zwijamy "obozowisko" i ruszamy dalej. Nasz marsz trwa jeszcze 2 godziny. Piękne krajobrazy, malownicze skały Roques de Garcia
Bardziej przyjazny fragment szlaku
i w końcu docieramy do cywilizowanej drogi. Autobus będzie dopiero popołudniu więc jesteśmy skazani na autostop. Trasa nie jest  o tej porze zbyt uczęszczana, a większość samochodów jedzie w przeciwnym kierunku. Po dwóch godzinach sukces, młodzi ludzie z Mołdawii zabierają nas do Costa Adeje. A tam wita nas słońce  i upał, napój, który nam w nocy zamarzł teraz przyjaźnie chłodzi. Żeby zrealizować plan wyprawy, postanawiamy jednak wynająć samochód. Niestety jest sobota, wypożyczalnie nieczynne, a te na lotnisku są oblegane przez długie kolejki, no i ceny nie są zachęcające.
Roques de Garcia o poranku 12.12.2015 r.

Ruszamy autobusem do Maski i około 19.00 docieramy na miejsce. Wioska już śpi, żadnego sklepu, żadnej restauracji, próbujemy dodzwonić się do drzwi pensjonatu, żeby wynająć pokój, bez skutku. Kolejna noc pod rozgwieżdżonym niebem, tym razem temperatura jest przyjazna. Można powiedzieć, że spełnia się moje marzenie, chciałam spać w tej malowniczej wiosce i móc ją zwiedzić zanim dotrą autobusy z turystami. 

 

 

Dzień czwarty 

 

 

Krajobraz - Masca

Spacer wąskimi uliczkami, podziwianie malowniczych domków z mikro-podwóreczkami to piękny początek dnia. Palmy, poinsecje, opuncje a wokół ogromne skały.


Mały ciasny ale własny - szkoda, że nie mój

 I na szczęście ani śladu komercji nadbrzeżnych kurortów. Restauracyjka o nazwie "Chez Arlette",

Taki osobisty akcent
małe stoisko z owocami i przyprawami przy wejściu na szlak. Trasa wąwozu jest bardziej malownicza i urozmaicona niż szlak na el Teide, ale nie jest łatwiejsza. Zresztą nogi mają w pamięci wysiłek i niedwuznacznie dają znać, że ich nadużywam, że ich odpowiednio nie przygotowałam.


Robimy zdjęcia, podziwiamy widoki, rośliny, mijamy turystów, zachwycamy się niesamowitymi skałami.
Uroki wąwozu Masca


Spotykamy też stadko kolorowych ptaków, które kompletnie nic sobie nie robią z obecności ludzi.
Jaki to ptak? Kuropatwa czerwona.
 Około 15.00 docieramy na malutką plażę, skąd łódką płyniemy do Los Gigantes podziwiając wybrzeże klifowe.
Wybrzeże klifowe w drodze do Los Gigantes

W planie mamy dotarcie do miasteczka Garachico, więc decydujemy się na wieczorny autobus, żeby móc poświęcić dzień na zwiedzanie. Połączenie autobusowe jest dobre.
O zmierzchu docieramy do celu.
Nocne Garachico





Niestety jest niedziela, otwarte są tylko restauracje, bary  i ogródki piwne. Sklepy są pozamykane. Żadnych szans na zrobienie zakupów.  Spacerujemy uliczkami Garchico.


W wielu miejscach widać ślady po ostatniej erupcji wulkanu, zastygła lawa robi niesamowite wrażenie.
Garachico - wulkaniczny krajobraz
Na nocleg wybieramy punkt widokowy. Szum fal i po raz trzeci niebo gwiaździste... Tylko, że mi już tęskno do cywilizowanego noclegu. Byle do rana.

 

Dzień piąty

 


Rano włóczymy się po nadbrzeżnym bulwarze, obserwujemy budzące się do życia miasteczko. 
Po dziewiątej wyruszamy do Los Cristianos.

Ostatni dzień spędzamy na plaży, zaliczamy kąpiel w oceanie, wygrzewamy się w słońcu i leniuchujemy.
Plaża w Los Cristianos
Ostatni nocleg na lotnisku wydaje się komfortowy w porównaniu z poprzednimi.
Podsumowując dni spędzone na Teneryfie stwierdzam:
1. Teneryfa to piękna wyspa, którą warto zobaczyć.
2. 4 dni to za mało.
3. Bezwzględnie trzeba wynająć samochód, najlepiej wcześniej przez internet.
4. Przy korzystaniu z autobusów skorzystać z karty BonoBus.
5. Szlaki na el Teide traktować z pokorą i zsynchronizować z PESELEM.

Dzień szósty


Ostatni rzut oka na potwora el Teide

sobota, 19 grudnia 2015

Teneryfa dla sknerusa

1. Przypadek i przygotowania
- Może polecimy do Oslo na weekend, są tanie loty - zaproponował znajomy we wrześniu. Luźna propozycja wprawiła w ruch uśpioną machinę. Perspektywa marznięcia w Norwegii nie wywołała u mnie entuzjazmu, skłoniła natomiast do poszukiwań tanich lotów w nieco cieplejsze rejony.
Padło na Teneryfę.
Wiedza wyjściowa była niewielka: Teneryfa jedna z Wysp Kanaryjskich, należących do Hiszpanii, kurorty i plaże all inclusive, od których stronię jak tylko mogę. Wyspa z przyjaznym klimatem przez cały rok.
Ceny biletów lotniczych były na tyle kuszące, że decyzja zapadła i rozpoczęło się poszukiwanie możliwości jak najtańszego pobytu przy jednoczesnym zaliczeniu kanonu atrakcji turystycznych wyspy.
Zakup mapy i przewodnika to jak zwykle punkt nr 1.

Przyznam jednak, że znacznie więcej przydatnych informacji można znaleźć w internecie, na blogach i portalach podróżniczych.
Po doświadczeniach izerskich (patrz poprzedni post) rezerwowanie noclegów wydało mi się całkowicie zbędne. Przy średniej nocnej temperaturze grudnia +15 stopni nocowanie pod gołym niebem wydawało się jedynie słusznym rozwiązaniem.
Campingi na Teneryfie są bezpłatne. Informacje o ich położeniu i warunkach można znaleźć tutaj. Wymagane jest imienne zezwolenie, które można uzyskać drogą mailową wysyłając wypełniony kwestionariusz wraz z kopią dokumentu tożsamości na adres medionatural@tenerife.es lub faxem na numer 34 922 23 91 94. Nie wiem, czy tak jest standardowo, czy miałam szczęście, w każdym razie po kilku godzinach otrzymałam pozwolenie mailem.
Trzy punkty uzgodnionego programu to:
1. Wulkan el Teide (niestety za późno było na uzyskanie pozwolenia wejścia na sam szczyt) obejdziemy się więc smakiem i obejdziemy bokiem.
2. Wąwóz Masca (łódeczkę z plaży do Los Gigantos można zabukować przez internet wówczas cena biletu wynosi 8 a nie 10 euro).
3. Santa Crus de Tenerifa - stolica wyspy.

Szukając inspiracji na temat tanich podróży trafiłam na książkę "Paragony z podróży", którą polecam wszystkim pasjonatom podróży niezorganizowanych. A jeśli nie książkę, to przynajmniej bloga. Teksty napisane lekkim, zabawnym językiem zawierają mnóstwo przydatnych informacji. Stąd w moim bagażu podręcznym znajdzie się plandeka. O tym, czy i jak ją wykorzystam doniosę po powrocie.



wtorek, 1 grudnia 2015

Majówka w Izerach - out of all inclusive

W ten grudniowy wieczór na przełamanie depresyjnego nastroju wspomnienie izerskiej majówki. Koncepcja była taka: na dziko, bez rezerwacji, damy radę.

Wiosenny nastrój,  wiosenny optymizm i za dosłownie grosze można przeżyć trzy dni na szlaku.
124 km między Zieloną Górą a Świeradowem pokonane w umiarkowanym tempie nie nadwyrężają kieszeni.
I chociaż za oknem mży, prognoza pogody jest dobra: o 12.00 ma przestać padać i o dziwo przestaje. Prowiant kupujemy po drodze, w sklepie uznawanym przez niektórych za sklep dla biednych ludzi.
Kiosk w Świeradowie ma mapy turystyczne w dobrej cenie, nabywamy. Turysta bez mapy na trasę nie rusza.
Na przydrożnym murku gotujemy wodę,  robimy kawę. Autko zostawiamy na parkingu przy kościele.
Plecak z całym ekwipunkiem waży dość dużo, ale będzie lepiej. Jedzenie i woda będą znikać.
Pierwsze 100 m skłania do refleksji, czy to nie poroniony pomysł, żeby z takim PESELem targać pod górę plecak. Kolejne 200 m utwierdza w przekonaniu, że to jest poroniony pomysł, ale odwrotu nie ma. Następne metry pozwalają złapać rytm, wyrównać oddech a plecy jakoś dogadują się z plecakiem.
Wraca wrażliwość na piękno przyrody.
Po mniej więcej 3 godzinach dochodzimy do Chatki Górzystów . Kilamtyczne miejsce, półki z książkami sięgają sufitu i wypełniają dużą część wnętrza. Szkoda, że nie można powertować - "Własność prywatna". Gorąca herbata za jakieś 3 czy 4 zł smakuje rewelacyjnie. Temeperatura jest wprawdzie dodatnia, ale jednocyfrowa.
Do schroniska Orle docieramy przed wieczorem. Siadam wyczerpana na ławce i z radością patrzę na ludzi korzystających z sauny. Idę do recepcji zapytać, czy są miejsca. Są, ostatnie w pokoju wieloosobowym, cena przystępna.
Ale okazuje się, że nocowanie w schronisku nie jest zgodne z koncepcją wyprawy. Wyruszamy dalej i po półgodzinnym marszu docieramy do nowiutkiej drewnianej wiaty. Słońce zaszło, temperatura spadała a ja miałam jedno marzenie, napić się gorącej herbaty. Trzy płaskie kamienie, świeczka, blaszany kubek  i odrobina wody. Po 15 minutach woda jest już letnia. Sukces. Herbata zabarwia wodę.
Noc w śpiworze przewidzianym do temp. +15 to raczej horror. Rano na mchu jest szron. Jedyne wyjście, szybko wstać i iść dalej, marsz rozgrzewa. Po drodze w schronisku organizujemy czajnik i robimy kawę. Krótka debata nad mapą i ruszamy na szlak do Jizerki. W miejscowym muzeum zapowiada się jakieś święto, przemowy, podziękowania i występy muzyczne, wszystko w miłej atmosferze, bez spiny. Widownia leży sobie na łące i "uczestniczy". Sielanka, relaks 100%.
Po występach ruszamy na szlak, na Smrek nie wchodzimy. Kilkanaście kilometrów w nogach zrobiło swoje.
 Na trasie spotykamy niewielu piechurów, znacznie więcej rowerzystów, którzy budzą mój podziw. Przecież ja ledwo idę.
Przed zmierzchem schodzimy ze szlaku i wracamy na polską stronę. Na mapie zaznaczona jest wiata i na szczęście JEST też w realu. Ślicznie położona, ale o znacznie niższym standardzie. Przed wiatą rozerwany worek ze śmieciami. Widocznie dzikie zwierzęta przychodzą tu na posiłki. Po raz pierwszy dochodzę do wniosku, że kosz na śmieci przy szlaku to nie jest najlepszy pomysł. Turysto noś swoje śmieci ze sobą.
Na komfort termiczny w nocy nie ma co liczyć, ale  widok o poranku wynagradza to wielokrotnie. Zejście do Świeradowa to teraz już tylko pestka. W Świeradowie spotykamy "turystów niepraktykujących" przechadzających się po ulicach.
Wczesnym popołudniem wracamy do domu.



 

 

Koszty wyprawy:

paliwo ok. 40 zł na osobę
prowiant około 30 zł
mapa 13 zł
1 piwo po czeskiej stronie
noclegi 0 zł
zakwasy przez tydzień
A w skrócie wyglądało to tak.



niedziela, 22 listopada 2015

Czas na porządki

Od kilku lat (tu należą się podziękowania dla pana Witolda Kołodziejczyka) prowadzę bloga "Lubię szkołę". Blog miał być poświęcony szkole, dopuszczał także dygresje. Tych drugich było coraz więcej i wkradł mi się pewien bałagan.
Stąd pomysł na przeniesienie postów podróżniczych do oddzielnej szufladki "50plus w drodze". Znajdą się tu wkrótce posty zalegające w szufladce "Lubię szkołę" (wszak podróże kształcą), te które czekają na publikację, no i oczywiście przyszłe.