wtorek, 1 grudnia 2015

Majówka w Izerach - out of all inclusive

W ten grudniowy wieczór na przełamanie depresyjnego nastroju wspomnienie izerskiej majówki. Koncepcja była taka: na dziko, bez rezerwacji, damy radę.

Wiosenny nastrój,  wiosenny optymizm i za dosłownie grosze można przeżyć trzy dni na szlaku.
124 km między Zieloną Górą a Świeradowem pokonane w umiarkowanym tempie nie nadwyrężają kieszeni.
I chociaż za oknem mży, prognoza pogody jest dobra: o 12.00 ma przestać padać i o dziwo przestaje. Prowiant kupujemy po drodze, w sklepie uznawanym przez niektórych za sklep dla biednych ludzi.
Kiosk w Świeradowie ma mapy turystyczne w dobrej cenie, nabywamy. Turysta bez mapy na trasę nie rusza.
Na przydrożnym murku gotujemy wodę,  robimy kawę. Autko zostawiamy na parkingu przy kościele.
Plecak z całym ekwipunkiem waży dość dużo, ale będzie lepiej. Jedzenie i woda będą znikać.
Pierwsze 100 m skłania do refleksji, czy to nie poroniony pomysł, żeby z takim PESELem targać pod górę plecak. Kolejne 200 m utwierdza w przekonaniu, że to jest poroniony pomysł, ale odwrotu nie ma. Następne metry pozwalają złapać rytm, wyrównać oddech a plecy jakoś dogadują się z plecakiem.
Wraca wrażliwość na piękno przyrody.
Po mniej więcej 3 godzinach dochodzimy do Chatki Górzystów . Kilamtyczne miejsce, półki z książkami sięgają sufitu i wypełniają dużą część wnętrza. Szkoda, że nie można powertować - "Własność prywatna". Gorąca herbata za jakieś 3 czy 4 zł smakuje rewelacyjnie. Temeperatura jest wprawdzie dodatnia, ale jednocyfrowa.
Do schroniska Orle docieramy przed wieczorem. Siadam wyczerpana na ławce i z radością patrzę na ludzi korzystających z sauny. Idę do recepcji zapytać, czy są miejsca. Są, ostatnie w pokoju wieloosobowym, cena przystępna.
Ale okazuje się, że nocowanie w schronisku nie jest zgodne z koncepcją wyprawy. Wyruszamy dalej i po półgodzinnym marszu docieramy do nowiutkiej drewnianej wiaty. Słońce zaszło, temperatura spadała a ja miałam jedno marzenie, napić się gorącej herbaty. Trzy płaskie kamienie, świeczka, blaszany kubek  i odrobina wody. Po 15 minutach woda jest już letnia. Sukces. Herbata zabarwia wodę.
Noc w śpiworze przewidzianym do temp. +15 to raczej horror. Rano na mchu jest szron. Jedyne wyjście, szybko wstać i iść dalej, marsz rozgrzewa. Po drodze w schronisku organizujemy czajnik i robimy kawę. Krótka debata nad mapą i ruszamy na szlak do Jizerki. W miejscowym muzeum zapowiada się jakieś święto, przemowy, podziękowania i występy muzyczne, wszystko w miłej atmosferze, bez spiny. Widownia leży sobie na łące i "uczestniczy". Sielanka, relaks 100%.
Po występach ruszamy na szlak, na Smrek nie wchodzimy. Kilkanaście kilometrów w nogach zrobiło swoje.
 Na trasie spotykamy niewielu piechurów, znacznie więcej rowerzystów, którzy budzą mój podziw. Przecież ja ledwo idę.
Przed zmierzchem schodzimy ze szlaku i wracamy na polską stronę. Na mapie zaznaczona jest wiata i na szczęście JEST też w realu. Ślicznie położona, ale o znacznie niższym standardzie. Przed wiatą rozerwany worek ze śmieciami. Widocznie dzikie zwierzęta przychodzą tu na posiłki. Po raz pierwszy dochodzę do wniosku, że kosz na śmieci przy szlaku to nie jest najlepszy pomysł. Turysto noś swoje śmieci ze sobą.
Na komfort termiczny w nocy nie ma co liczyć, ale  widok o poranku wynagradza to wielokrotnie. Zejście do Świeradowa to teraz już tylko pestka. W Świeradowie spotykamy "turystów niepraktykujących" przechadzających się po ulicach.
Wczesnym popołudniem wracamy do domu.



 

 

Koszty wyprawy:

paliwo ok. 40 zł na osobę
prowiant około 30 zł
mapa 13 zł
1 piwo po czeskiej stronie
noclegi 0 zł
zakwasy przez tydzień
A w skrócie wyglądało to tak.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz