Dzień pierwszy
Nadszedł dzień wylotu.
Tani przelot okupiony przesiadką w Barcelonie i wielogodzinnym czekaniem został wynagrodzony bardzo przyjazną temperaturą jak na grudniowy czas.
Dzień drugi
Teneryfa przywitała nas słońcem. Czekając na otwarcie marketu zaplanowaliśmy ambitną trasę na wulkanie el Teide: wejście od strony Montana Blanca, zejście przez Pico Viejo.
Jedynym autobusem jadącym w tym kierunku z Los Cristianos o 9.15 zmierzamy do punktu startowego. Autobus pnie się serpentynami w górę, po drodze mijamy camping, na którym planujemy nocować. Odległość około 70 km pokonujemy w ciągu 100 minut wspinając się na wysokość ok. 2000 m n.p.m.
| Nonszalancki luzik "przed" |
W punkcie informacyjnym dostępne są mapy ze szlakami turystycznymi na el Teide, tym razem na szczęście z przewidywanym czasem pokonania tras. Kolejny raz weryfikujemy nasze plany. Ponieważ wejście i zejście trwało by 10 godzin (było południe, a dzień kończy się około 18.30) decydujemy się wjechać kolejką (bilet na Teleferico w jedną stronę kosztuje 13,50 euro) i zejść szlakiem przez Pico Viejo.
![]() |
| Mapa zachodniej części Parku Narodowego el Teide |
Kolejka wjeżdża na wysokość ok. 3356 w 8 minut, co daje złudzenie, że zejście nie będzie trudne. Przez chwilę podziwiamy widoki i wyruszamy na szlak 12 prowadzący do Mirador Pico Viejo a
potem 9 (Teide-Pico Viejo TF 38).
| Widok na Pico Viejo z majaczącą w oddali ścieżką |
Powietrze jest tu rzadsze, ale początkowo objawy choroby wysokościowej nie są dolegliwe. Po kilkuset metrach ścieżka zanika a dalsza droga prowadzi przez rumowisko lawy. Wahamy się chwilę, czy jednak nie wrócić, ale w końcu wyprawa miała być z wyzwaniami. No i jest. Choroba wysokościowa nabiera wyrazistości: ból głowy, nudności, trudności w połknięciu każdego kęsa. Plecak ciąży potwornie. Po dwóch godzinach nogi zaczynają strajkować, niestabilne podłoże zrobiło swoje. No i PESEL. W dali optymistycznie majaczy wygodna ścieżka prowadząca w kierunku Pico Viejo, ale jakoś trudno do niej dojść. Niby widać, ale przybliża się w żółwim tempie. Na rozwidleniu szlaków analizujemy różne opcje. Ja już nie chcę zobaczyć Pico Viejo z bliska, chcę zdążyć przed nocą na jakąś przyjazną wysokość. Decydujemy się na trasę 23 Los Regatones Negros, planowane zejście powinno zająć 4 godziny. Powinno. Idzie mi się coraz gorzej, już nie odpoczywam, ale tempo marszu nie zaimponowało by ani żółwiowi ani ślimakowi. Trasa nadal jest momentami bardzo trudna. Ciągle mamy nadzieję, że za najbliższym zakrętem ukaże się jakaś bardziej cywilizowana ścieżka. Nic z tego, zbliża się godzina 18.00 i już wiemy, że nie uda się dojść do Parador przed zmrokiem. Chcemy zejść jak najniżej, rozglądając się jednocześnie za dogodnym miejscem na zorganizowanie noclegu. Około 18.30 na poboczu jest w miarę płaski fragment podłoża, bez kamieni, jakieś 3mx3m. IDEALNE MIEJSCE. Tu zostajemy, zmrok zapada szybko a wraz z nim spada temperatura. Gotujemy herbatę (doceniam teraz wysiłek włożony w niesienie małej kuchenki turystycznej), plandeka (znalazła się na wyposażeniu dzięki radom z książki "Paragony z podróży") zastępuje prześcieradło, śpiwory, koc termiczny. Niebo gwiaździste nad nami a we mnie poplątane myśli. Jak przetrwać noc pod tym pięknym acz gołym jednak niebem? 12 godzin do świtu!!! Czuwanie przez sen, czy może tylko półsen. Po godzinie plandeka i koc pokrywają się kropelkami wody, trzeba je zrzucić, bo od nich śpiwory robią się wilgotne. Komfort termiczny staje się pojęciem abstrakcyjnym.
Dzień trzeci
Upragniony poranek nadchodzi, woda w butelce zamarzła. Jemy szybkie śniadanie, zwijamy "obozowisko" i ruszamy dalej. Nasz marsz trwa jeszcze 2 godziny. Piękne krajobrazy, malownicze skały Roques de Garcia
| Bardziej przyjazny fragment szlaku |
i w końcu docieramy do cywilizowanej drogi. Autobus będzie dopiero popołudniu więc jesteśmy skazani na autostop. Trasa nie jest o tej porze zbyt uczęszczana, a większość samochodów jedzie w przeciwnym kierunku. Po dwóch godzinach sukces, młodzi ludzie z Mołdawii zabierają nas do Costa Adeje. A tam wita nas słońce i upał, napój, który nam w nocy zamarzł teraz przyjaźnie chłodzi. Żeby zrealizować plan wyprawy, postanawiamy jednak wynająć samochód. Niestety jest sobota, wypożyczalnie nieczynne, a te na lotnisku są oblegane przez długie kolejki, no i ceny nie są zachęcające.
| Roques de Garcia o poranku 12.12.2015 r. |
Ruszamy autobusem do Maski i około 19.00 docieramy na miejsce. Wioska już śpi, żadnego sklepu, żadnej restauracji, próbujemy dodzwonić się do drzwi pensjonatu, żeby wynająć pokój, bez skutku. Kolejna noc pod rozgwieżdżonym niebem, tym razem temperatura jest przyjazna. Można powiedzieć, że spełnia się moje marzenie, chciałam spać w tej malowniczej wiosce i móc ją zwiedzić zanim dotrą autobusy z turystami.
Dzień czwarty
| Krajobraz - Masca |
Spacer wąskimi uliczkami, podziwianie malowniczych domków z mikro-podwóreczkami to piękny początek dnia. Palmy, poinsecje, opuncje a wokół ogromne skały.
| Mały ciasny ale własny - szkoda, że nie mój |
I na szczęście ani śladu komercji nadbrzeżnych kurortów. Restauracyjka o nazwie "Chez Arlette",
| Taki osobisty akcent |
małe stoisko z owocami i przyprawami przy wejściu na szlak. Trasa wąwozu jest bardziej malownicza i urozmaicona niż szlak na el Teide, ale nie jest łatwiejsza. Zresztą nogi mają w pamięci wysiłek i niedwuznacznie dają znać, że ich nadużywam, że ich odpowiednio nie przygotowałam.
Robimy zdjęcia, podziwiamy widoki, rośliny, mijamy turystów, zachwycamy się niesamowitymi skałami.
| Uroki wąwozu Masca |
Spotykamy też stadko kolorowych ptaków, które kompletnie nic sobie nie robią z obecności ludzi.
| Jaki to ptak? Kuropatwa czerwona. |
Około 15.00 docieramy na malutką plażę, skąd łódką płyniemy do Los Gigantes podziwiając wybrzeże klifowe.
| Wybrzeże klifowe w drodze do Los Gigantes |
W planie mamy dotarcie do miasteczka Garachico, więc decydujemy się na wieczorny autobus, żeby móc poświęcić dzień na zwiedzanie. Połączenie autobusowe jest dobre.
O zmierzchu docieramy do celu.
| Nocne Garachico |
Niestety jest niedziela, otwarte są tylko restauracje, bary i ogródki piwne. Sklepy są pozamykane. Żadnych szans na zrobienie zakupów. Spacerujemy uliczkami Garchico.
W wielu miejscach widać ślady po ostatniej erupcji wulkanu, zastygła lawa robi niesamowite wrażenie.
| Garachico - wulkaniczny krajobraz |
Na nocleg wybieramy punkt widokowy. Szum fal i po raz trzeci niebo gwiaździste... Tylko, że mi już tęskno do cywilizowanego noclegu. Byle do rana.
Dzień piąty
Rano włóczymy się po nadbrzeżnym bulwarze, obserwujemy budzące się do życia miasteczko.
Po dziewiątej wyruszamy do Los Cristianos.
Ostatni dzień spędzamy na plaży, zaliczamy kąpiel w oceanie, wygrzewamy się w słońcu i leniuchujemy.
| Plaża w Los Cristianos |
Podsumowując dni spędzone na Teneryfie stwierdzam:
1. Teneryfa to piękna wyspa, którą warto zobaczyć.
2. 4 dni to za mało.
3. Bezwzględnie trzeba wynająć samochód, najlepiej wcześniej przez internet.
4. Przy korzystaniu z autobusów skorzystać z karty BonoBus.
5. Szlaki na el Teide traktować z pokorą i zsynchronizować z PESELEM.
Dzień szósty
| Ostatni rzut oka na potwora el Teide |

Pewnie nie odważyłabym się na spanie pod gołym niebem, ale trasa piękna:)
OdpowiedzUsuń